Legalny Bukmacher

zakłady bukmacherskie – Promocje i Kody

E-hazard? „To taki czas miłej zabawy”

Setki tysięcy kliknięć dziennie, miliony postawionych zakładów. Wszystkim zza komputerów kręci kilku facetów od PR – pisze o e-hazardzie Wojciech Cieśla, reporter śledczy „Dziennika Gazety Prawnej”. Witryny hazardowe teoretycznie łamią prawo, ale i tak gra na nich pół miliona Polaków.

 

Gdyby ten biznes miał zapach, pachniałby jak Maciej Poschwald w kawiarni na Saskiej Kępie: dyskretną, dobrą wodą pracownika dużej korporacji. – Kiedy wybuchła afera hazardowa, z ciekawości zajrzałem do konkurencji. W sensie do takiej budy, Vegas, Las Vegas, jakoś tak. Trzy automaty na krzyż. Ciemno i atmosfera, że się odechciewa – Maciej Poschwald, reprezentant firmy Betsson na Polskę, wzdryga się, aż na stoliku drży filiżanka w różyczki. – Przy automacie facet z browarem wrzuca pięciozłotówkę. Napięcie na twarzy, brudne ciuchy. Od razu widać, że monetę wyżebrał. Tragedia.

 

W biznesie Macieja Poschwalda facet z browarem w ręku nie występuje. To znaczy może i występuje, ale jeśli nawet, to pije browar markowy, a pięciozłotówki nie używa do gry. W internetowym kasynie płaci się przelewami. Żeby zagrać, trzeba mieć kartę kredytową albo internetowe konto. Klient musi być na poziomie. Atmosfera męskiej szatni jak w budzie z automatami – wykluczona.

Tomasz Piotrowski zanim wszedł do branży, promował Red Bulla. Dziś w polskim hazardzie internetowym uchodzi za guru. Chociaż słowem „hazard” się brzydzi. Woli delikatniejszą „rozrywkę”:

– Kiedy cztery lata temu dostałem propozycję z Betssona, zgrzytnęło mi właśnie to słowo. Ma złe konotacje. Hazard? Jezu, pomyślałem, jakie branże mi potem zostaną? Porno, broń, narkotyki? Potem sprawdziłem, że firma jest notowana na giełdzie, że co roku sprawdzają ją najlepsi audytorzy. Tak się zaczęło. Ale „hazardu” do dziś unikam. Mówię „rozrywka”, bo klient płaci nam za czas miłej zabawy.

Rynek hazardu online wart jest 16,5 mld dol. Rocznie. W Polsce – ponad 1,5 mln zł. Sporo, biorąc pod uwagę, że hazard online jest u nas nielegalny. Mimo to w sieci regularnie zakłada się ponad pół miliona Polaków. Obstawiają zakłady, grają w pokera i ruletkę. Jak to możliwe? Korzystają z polskojęzycznych stron zarejestrowanych za granicą.

Malta to nie jest taki raj

Warszawa, koniec października. Minister Michał Boni rozmawia z dziennikarzami.

– Hazard w internecie to patologia, wprowadza wiele zła – mówi.

Boni jest szefem zespołu, który po wybuchu afery hazardowej opracowuje nową ustawę. Afera wybuchła, kiedy okazało się, że politycy rządzącej Platformy Obywatelskiej po cichu dogadują się z lobbystami od automatów do gry, jednoręki bandytów, jak zmienić ustawę o grach losowych.

Zespół, który od wybuchu afery pracuje nad nową ustawą, ma dwa cele: zlikwidować automaty i kasyna, w których gra się przez internet. Pomysł likwidacji e-hazardu popiera wiceminister finansów Jacek Kapica. Jak można zlikwidować coś, co działa przez internet? Ministerstwo wytacza armaty: ocenzuruje internet. Nakaże operatorom internetu i providerom blokowanie stron z e-hazardem (dziś w ten sposób są blokowane strony faszystowskie i z dziecięcą pornografią). Wejście z polskich serwerów? Niemożliwe. Przelewy z Polski do kasyna? Banki będą sprawdzać transakcje i blokować takie przelewy. Nie będzie można organizować zakładów w sieci, reklamować firm, które to robią. Po prostu szlaban.

Mówi Robert, menedżer dużej firmy bukmacherskiej:

– To zemsta za nieudolność urzędników. Kasyna online działają u nas co najmniej od pięciu lat. Mogłyby płacić kilkaset milionów podatków, pod warunkiem że urzędnicy obłożyli by je podatkiem. Dziś zarabiamy krocie i nie dajemy z tego urzędnikom powąchać nawet złotówki. Mój znajomy obliczył, że tylko w tym roku budżetowi przechodzi koło nosa niemal 350 mln zł niezapłaconych podatków.

Tomasz Piotrowski, specjalista od marketingu, przez ostatnie cztery lata reprezentował Betssona, skandynawską spółkę bukmacherską:

– Firmy mogłyby płacić więcej, nawet 450 mln podatków. Niemało. Ale rzeczywiście przez tyle lat nikt nie pomyślał o tym, że można sięgnąć po te pieniądze. Firmy e-hazardowe z chęcią rejestrowałyby się w Polsce. Myśli pan, że Malta to jakiś raj? Ale nie mogą. Takie jest prawo.

Prawo jest, jakie jest, bo kiedy posłowie pisali ustawę o grach w 1992 r., internet jeszcze raczkował. Zgodnie z ustawą nie można zarejestrować w Polsce internetowego kasyna. Dlatego firmy zajmujące się obstawianiem wyników w sieci działają na podstawie licencji wydanej na Malcie albo w Wielkiej Brytanii. To według nich nielegalne już nie jest, bo w Unii Europejskiej obowiązuje swoboda przepływu usług. Ministerstwo Finansów uważa, że kasyna online łamią prawo. Ale do dziś nikogo za to nie ukarało.

Według Money.pl do końca 2009 r. Polacy zostawią w e-kasynach i wydadzą na internetowe zakłady ponad 3,2 mld zł. O 60 proc. więcej niż w legalnie działających kasynach i salonach bukmacherskich. Wartość średniego zakładu w internecie jest trzykrotnie większa od tradycyjnego.

Robot szuka słowa „kasyno”

Obejście palisady, którą wokół internetowego hazardu zbuduje ministerstwo, nie będzie proste. Ale kto będzie chciał, i tak zagra. Mówi informatyk X, który pracuje w korporacji niezwiązanej z hazardem: – Zakładasz firmę za granicą. Ta zakłada w swoim banku konto dla każdego klienta. I to tej firmie, a nie bankowi, gracze zlecają przelewy. Firmy zarejestrowanej poza Polską nikt nie skontroluje.

– Rząd chce rejestrować połączenia ze stronami hazardowymi – przypominam.

– Możliwości ukrycia są setki. W uproszczeniu: na świecie komputery wyposażane są w adresy IP, format, który powoli już się kończy. Nowy system, który zamieni stary format IP, dopiero się rozkręca. Do tego dochodzą koszty dla operatorów: rozbudowa serwerowni, bo trzeba przechowywać dane. Już dziś w Polsce brakuje miejsc na duże serwerownie. OK, anonimowość w sieci właściwie nie istnieje, ale wciąż można się schować. Dlatego wciąż ktoś się włamuje, istnieje hakerstwo. Operatorzy internetu sobie z tym nie poradzą.

– Ale rząd mówi, że będzie sprawdzał próby obejścia.

– Gracze mogą używać połączeń szyfrowanych z serwerami w innych krajach. Wtedy rząd nie będzie wiedział, z czym, kto i kiedy się łączy. To będzie przypominało sytuację, jakbyś wysłał list do kolegi w Anglii, żeby kupił ci los na loterii i zagrał. Gdzie tu łamanie prawa?

Dla informatyka oszukanie rządu to pestka. Wystarczy, że założy stronę, która szyfruje połączenia i przekierowuje na zagraniczny serwer. Strona jest napisana we flashu, a technologia flash opiera się na obrazkach. Roboty skanujące szukają określonych fraz w tekstach. Nie mają szans na odczytanie flashu, nie rozumieją obrazków. Żeby wykryć obejście prawa, setki tysięcy stron w internecie musiałby sprawdzać człowiek. To niewykonalne.

Robert, menedżer dużej firmy bukmacherskiej: – W Norwegii, która jest bardziej poukładana niż Polska, uchwalono zakaz przelewów internetowych na strony bukmacherów. I co? Nikt nie jest w stanie tego wyegzekwować. To samo w Stanach. Prawo zakazuje płatności elektronicznych na rzecz kasyn. Ale jeśli klient nie płaci kartą, a firma prowadząca kasyno działa za granicą, to nic się nie dzieje. A tu? Jeśli już kogoś złapią i dojdzie do procesu, sąd będzie musiał odpowiedzieć na ważne pytanie: czy kiedy gram online, to gram w Polsce? A może jednak tam, gdzie fizycznie jest serwer, na Malcie albo w Londynie?

Menedżerowie firm bukmacherskich są zgodni: prawo nie nadąża za technologią.

Bez cygar, bez przerwy

Kim jest Polak grający w internecie? Maciej Poschwald:

– Mężczyzna, pełnoletni, z dużego miasta, ze stałym dostępem do internetu. Na gry i zakłady wydaje około 150 zł miesięcznie.

Podstawą działalności serwisów są zakłady sportowe. Dopiero później poker i kasyno. Poschwald: – W zakłady i pokera wchodzą ludzie o dużej wiedzy. Nikt nie obstawia w ciemno. Oni się uczą, sporo wiedzą. W kasynie gracze są bardziej przypadkowi.

Po wpisaniu „gambling online” Google wypluwa milion czterysta tysięcy trafień. Możliwości jest wiele. Bardzo wiele. W pokera i ruletkę można zagrać w ponad pięciu tysiącach interaktywnych kasyn. Wchodzę do tego, w którym komunikaty wyświetlają się po polsku. Wystarczy założyć konto, podać numer karty kredytowej i wybrać grę. Gracza weryfikuje dopiero przelew, więc bez przeszkód mógłbym się logować jako Jacek Kapica.

Kasyna wabią bonusami. 100 zł za samo założenie konta? Proszę bardzo. Przelew przez firmę, którą promuje kasyno? Bonus. Premia za wygraną? Nie ma sprawy. To rekompensata za ascezę. Normalne kasyno to drinki, dym z papierosów, bezpłatna noc w hotelu i limuzyna dla wygranych. Przed własnym komputerem trudno o luksus, ale za to hazard w sieci trwa non stop, pula na wejście do gry jest symboliczna. Zakłady są szybko rozliczane.

Robert, menedżer dużej firmy bukmacherskiej: – Nie można nas zrównywać z automaciarzami, i o to mamy żal do rządu. Automaty stoją w miejscach publicznych i to takich, gdzie ludzie nie zarabiają dużo, a sporo tracą, licząc na jakiś cud, na gigantyczną wygraną. A hazard to nie jest sposób na zarabianie pieniędzy. Kto tego nie widzi, jest w niebezpieczeństwie.

Tomasz Piotrowski: – Powiem panu, jaka jest różnica między nami a tradycyjnym hazardem. Idzie pan wieczorem do klubu i pierwszą poznaną pannę bierze za żonę. To jest ciężki hazard, ruletka i kasyno. Albo idzie pan kilka razy do klubu i poznaje kilka pań. I może z którąś panu będzie dobrze. To jest internetowe kasyno.

Pół miliona klika w pokera

Mówienie o rynku gier w sieci jest trudne. No bo po pierwsze oficjalnie nie istnieje. A po drugie Ministerstwo Finansów nie ma żadnych danych dotyczących rynku (zrozumiałe, w końcu rynek nie istnieje). Firmy hazardowe być może mają takie dane, ale się nimi nie dzielą. Czarna dziura.

Wiadomo tyle, że na grze w sieci zarabia się kokosy. W 2007 r. Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową opublikował raport, według którego wartość e-hazardu w Polsce sięgała niemal 920 mln zł. Dziennikarze szacują, że w Polsce gra w sieci 500 tys. ludzi.

Zagraniczne firmy dostrzegły ich jakieś pięć lat temu. Wtedy powstały pierwsze witryny po polsku. – To były czasy, kiedy nawet Gadu-Gadu nie chciało przyjmować naszych reklam – wspomina człowiek z branży.

Większość ma siedziby na Karaibach, na Malcie, Gibraltarze i w chińskim Makau. Dzielą się na te, w których można zagrać za złotówki (Betsson, Sportingbet) i te, w których gra się w dolarach lub euro.

Kto się liczy? Firmy nie ujawniają informacji o wynikach finansowych. W Europie za znaczące uważa się firmy: Bwin, Unibet, Bet-At-Home, BetClic, Expekt i Sportingbet. Nieoficjalnie w Polsce działa 50 takich firm. 15 z nich można uznać za poważne.

Większość nie ujawnia danych: największych stawek, największych wygranych, liczby graczy. Tylko liczbę wejść i użytkowników. Ale wiadomo, że w przeciętnej firmie kumulacja jackpota może wynieść najmarniej kilkanaście milionów euro. Z badań internetu prowadzonych przez firmę Gemius wynika, że w sierpniu dziesięć najpopularniejszych portali hazardowych miało ponad 30 mln odsłon. Największe serwisy gromadzą po 250 – 500 tys. unikalnych użytkowników.

Betsson z Betssonowa

Ludzie od automatów do gier o niskich wygranych to Ludzie z Krwi i Kości. Zarejestrowane spółki, drogie samochody, biura i sekretarki, koncesje. Mają własne targi i izby handlowe, własnych dziennikarzy, własnych – legalnych i nielegalnych – lobbystów. Ludzie od internetowego hazardu są jak duchy. Przez kilka dni próbuję znaleźć choćby jedno ich biuro. Piszę mejle. Szukam kontaktu. Ale Ludzie-Duchy nie mają biur. Kiedy Betsson wydał okolicznościową gazetkę, w stopce wpisał jako polski adres ulicę Betssonową 6/9 z Betssonowa Górnego. Takie mrugnięcie.

Odkrywam, że gdy hazardowy BetClic zostawał sponsorem Lecha Poznań, w jego imieniu wypowiadał się Tomasz Mazur. Szukam go pół dnia, dodzwaniam do jego wspólnika. Jest zaniepokojony:

– Jak pan dostał mój numer? Obiecuje przekazać Mazurowi prośbę o rozmowę. Ale Mazur nie oddzwania.

Ludzie-Duchy nie mają biur. Sekretarek też nie. Noszą T-shirty albo ładne koszule. Jeżdżą przeciętnymi samochodami. – Przedstawiciele firm hazardu internetowego to rzecznicy prasowi, PR-owcy. Do pracy potrzebują komputera i komórki – zdradza Tomasz Piotrowski. – Partyzantka? Nie. Nie mamy swojego miejsca w prawie, nie możemy otworzyć filii. Nie dostaniemy koncesji na taką działalność. Ja nie mam problemu z pokazaniem nazwiska. Ale rozumiem, jeśli ktoś nie chce tego robić.

Co robią PR-owcy dla kasyn? Dbają, żeby logo firmy było tam, gdzie być powinno. Pokazują się na imprezach. Walczą o klienta reklamą i marketingiem. Są wyrobnikami dużych korporacji. Gromadzą dane o graczach. Wiedzą, w jakim są wieku, gdzie mieszkają, jakimi sportami się interesują, co lubią czytać, oglądać i jakie przeglądają strony. Baza danych jest ważna – bukmacher musi dobrze rozumieć użytkownika.

Warszawa, hotel Sobieski. Ludzie-Duchy, PR-owcy trochę boją się Ludzi z Krwi i Kości. Hazardowych bossów, którzy zarabiali na kasynach i automatach już w latach 90. Te lata – uważają – odciskają na Ludziach z Krwi i Kości niepokojący sznyt: dziwne ciuchy, skłonność do solarium i złota.

Teraz rząd wrzucił ich wszystkich do jednego worka. Tu, w hotelu Sobieski, na zamkniętym dla prasy spotkaniu zakładają Polską Izbę Hazardu. Razem będą walczyć o swoje. – Nasze interesy nie są zbieżne, ale sytuacja zmusza nas do konsolidacji – wzdycha Tomasz Piotrowski.

Internetowe kasyna w Polsce lubią kojarzyć się z piłką nożną – w końcu polska ekstraklasa czy Liga Mistrzów to sól zakładów sportowych. Z ich pieniędzy żyją piłkarska reprezentacja Polski i liga żużlowa. A zakładać się w Polsce można właściwie o wszystko, od wyborów po wyniki mistrzostw polski w wędkarstwie spławikowym.

betsson i BetClic promowały się celebrytami: Igą Wyrwał, Liroyem, Adamem Małyszem. Jedna z firm pozwoliła sobie nawet na spot reklamowy w telewizji na kanale Discovery, a więc teoretycznie spoza granic Polski. Wszystko zgodnie z prawem. We wrześniu bukmacherski Bwin został sponsorem EuroBasketu 2009, mistrzostw Europy w koszykówce mężczyzn. – To obłudne, dwulicowe – denerwuje się człowiek z branży automatowej. – My płacimy podatki, grube pieniądze na koncesje, jesteśmy legalni. A tu logo nielegalnego bukmachera świeciło się na koszulkach czy spodenkach wszystkich zawodników!

Bukmacherzy tacy jak np. Expekt są oficjalnymi sponsorami reprezentacji polskiej, Gamebookers firmuje Koronę Kielce, Bwin – Legię Warszawa, Bet-At-Home sponsoruje Wisłę Kraków, a Unibet całą pierwszą ligę. Lech Poznań w ciągu roku miał dostać od BetClica od 3,5 do 4 mln. Miał, bo jeśli rząd zamknie hazard internetowy, straci sponsora.

Wszyscy bukmacherzy, z którymi rozmawiam, twierdzą, że są bezpieczniejsi niż totolotek. I bombardują informacjami, że monitorują transakcje. Że nikt nie otworzy konta, jeśli ma mniej niż 18 lat. Że przy wypłacie żądają skanu dowodu, jest weryfikacja telefoniczna, weryfikacja karty kredytowej i tak dalej. Że każda firma, która działa na terenie Unii, ma regularnie sprawdzany generator numerów losowych. Że próbują weryfikować wiek gracza, a taki Totalizator Sportowy ma to w nosie. Uff.

Maciej Poschwald: – Na stronie Betssona jest nawet test, który pokazuje poziom zaangażowania w e-rozrywkę. Gracz może sobie ustalić limit stawek, którego nie chce przekroczyć.

  • – Wierzy pan, że nałogowy gracz ustawi sobie limity?

– Jest taka możliwość.

Komu się zrobi ciepło

Co zrobią internetowi bukmacherzy, jeśli rząd ich zablokuje? O obejściach zabezpieczeń i stronach we flashu na razie nie chcą mówić. Tomasz Piotrowski żałuje, że już kilka lat temu nie namówił kolegów na zwarcie szyków:

– Nie udało się, bo po pierwsze firmy są zarejestrowane poza Polską, po drugie nikt się wtedy nie chciał łączyć. Teraz mamy powód. Zobaczymy, co nam wyjdzie z Polskiej Izby Hazardu.

Bukmacher Robert: – Ten rynek w Polsce upadnie. A rząd zamiast zysków będzie miał kłopoty i problemy z Unią.

Upadną serwisy sportowe, których sponsorami są firmy bukmacherskie, pracę straci kilkaset osób. Tomasz Piotrowski:

– Sprawa jest mocno polityczna. Większość krajów idzie w kierunku legalizacji gier online. Owszem, ostatnio głośny był przypadek firmy Bwin, która przegrała przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości proces z monopolistą z Portugalii. Ale portugalski monopolista to firma charytatywna, to nie polski Totolotek. Wszyscy mówią, że to nie przejdzie przez Unię. Wywali się na umowie o swobodnym przepływie usług i towarów. Zaraz będzie Euro 2012, trzeba będzie budować drogi. A zamiast tego będą płacić naszym firmom milionowe odszkodowania. Przed Euro zrobi im się ciepło, wtedy się do nas zgłoszą.

Zaglądam do wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Bwin kontra Portugalia: „Bukmacherstwo niesie ze sobą wysokie ryzyko nadużyć finansowych, a bukmacherstwo internetowe, pozbawione bezpośredniego kontaktu z graczem, niesie wyższe możliwości aktywności kryminalnej”.

Minister Jacek Kapica, twarz „wojny z hazardem”, od półtora tygodnia udziela wywiadów. Już trzem dziennikom powiedział to samo: zakazy zniechęcą graczy do hazardu w sieci i zachęcą ich do kupowania zakładów u legalnych polskich operatorów.

I że dobrze wie, że całkowita likwidacja hazardu w sieci to iluzja.

 

źródło: dziennik.pl