Veitch, który jeszcze nie skończył czterdziestu lat, jest najlepiej zarabiającym hazardzistą w Wielkiej Brytanii, człowiekiem, którego bukmacherzy boją się bardziej niż świńskiej grypy. Nic dziwnego: w ciągu ośmiu lat ten największy profesjonalista wśród graczy zarobił dzięki nim 10 049 983 funty i 3 pensy (księgowości pilnuje równie skrupulatnie, jak punktualności). Jest tak dobry w wynajdywaniu atrakcyjnych notowań, że ma zakaz wstępu do każdego punktu bukmacherskiego i na wszystkie giełdy zakładów w kraju.

Zanim usłyszałem jego historię i poznałem potajemne sztuczki, do jakich musi się uciekać, żeby móc obstawić, a także zanim dowiedziałem się, że spędził rok w ukryciu po tym, jak zadarł z gangsterem, pozwoliłem sobie zadać Królowi Zakładów jedno pytanie: czy mógłby polecić jakiegoś konia w nadchodzącym derby, bo nasza gazeta chce postawić dychę?

„Przepraszam, ale nie udzielam wskazówek”, odpowiedział oschle. Choć raczej nie zdarza się, by to dziennikarz zakończył przedwcześnie wywiad, byłem tego bliski. Czy obawia się, że jeżeli wszyscy postawimy na jego konia, notowania spadną? – Nie chodzi tylko o obniżanie stawki – mówi. – Gdybym upublicznił choć jeden zakład, ujawniłbym bukmacherom pewne dane. Zanim nie minie pewien dłuższy czas, nie zdradzam, ile i gdzie wygrałem. Nie mogę dawać im forów.

Wynika z tego jasno, że Patrick Veitch nie gra tylko po to, by zapewnić sobie stałe dostawy Ferrari i szampana Bollinger. Dla niego jest to odurzająca mieszanka matematycznej zagadki i strategicznego działania. Nie może już sam obstawiać, więc kiedy przychodzi pora na większą kampanię, zatrudnia niewielką armię tak zwanych agentów, którzy jeżdżą po całym kraju i zachowują się w ściśle określony sposób, dokładnie wypełniając jego polecenia.

W dzień akcji wydaje im rozkazy przez dwanaście komórek, które przyczepił na rzepy z tyłu tablicy, na której wypisane są szczegóły strategii. Operacja do tego stopnia przypomina działania wojenne, że on sam nazywa siebie – nawet bez specjalnej autoironii – „feldmarszałkiem”.

– To jest bitwa – mówi. – Większość bukmacherów postępuje dość racjonalnie, ale tych, których uważam za zbyt agresywnych, najłatwiej wywieść w pole. Kiedy wszystko się uda, czujesz dodatkową satysfakcję z tego, że przechytrzyłeś kogoś, kto myślał, że jest od ciebie sprytniejszy.

Jeżeli ktoś sądził, że Veitch zdradzi przepis na sukces na wyścigach konnych, niech przygotuje się na złą wiadomość: nie ma prostego patentu na wygrywanie.

– Ludzie ciągle mówią: „Powiedz mi, jak wytypować sobotniego zwycięzcę?” –  opowiada. – Ale prosta taktyka nic ci nie da. Jeżeli stosujesz identyczną metodę, jak wielu innych graczy, nie wygrasz. Wyścigi konne to bardzo skomplikowana, wielowymiarowa zagadka, należy więc szukać miejsca, w którym bukmacherzy zupełnie się pomylili. To wymaga strategicznego myślenia, doświadczenia i dokładności.

Oto zimny prysznic dla wszystkich, którzy liczyli na cudowną receptę. – Prawda jest taka, że nie ma dróg na skróty. Jedyny sposób na wygraną to ciężka praca.

To właśnie robi Veitch, analizując przez długie godziny wyniki różnych koni, porównując je z notowaniami u bukmacherów, i szukając obiecującej luki między przewidywaniami a rzeczywistością. W jego pracy pomaga mu także biegłość w rachunkach. Veitch był matematycznym geniuszem i w wieku zaledwie 15 lat dostał się do Trinity College w Cambridge. Studiów jednak nigdy nie skończył. Szybko przekonał się, że najlepiej spożytkuje swój talent do liczb, wypełniając kupony: kiedy powinien był się uczyć, wertował programy wyścigów konnych. Choć jego rodzice nie od razu się z tym pogodzili (wybór przez syna profesji zawodowego hazardzisty był dla nich rozczarowaniem, zwłaszcza po tak obiecujących intelektualnie początkach), on sam zarabiał na wyścigach konnych całkiem niezłe pieniądze. W wieku dwudziestu kilku lat był już znany w Cambridge z rozrywkowego stylu życia, dość nietypowego jak na matematycznego kujona. Wtedy też zaczął być szantażowany przez miejscowego gangstera, który zasugerował, że Veitch powinien oddać część pieniędzy, jeżeli nadal chce mieć wszystkie kończyny. Po powiadomieniu policji młody gracz przez ponad rok ukrywał się, dopóki jego prześladowca nie został oskarżony o niezwiązane ze sprawą morderstwo i wsadzony za kratki.

Po powrocie Veitch szybko potrzebował pieniędzy i rzucił się na bukmacherów, jak gdyby to oni osobiście byli odpowiedzialni za jego problemy. Wkrótce zarabiał już ponad milion funtów rocznie – jego strategia typowania niedocenianych koni opłaciła się. Nie rozgłasza jednak swych sukcesów na cały świat. Od całej reszty drobnych hazardzistów Veitcha odróżnia nie tylko częstotliwość wygranych. Inaczej też zachowuje się po zwycięstwie: w ogóle nie świętuje. Nigdy nie zobaczycie, jak podrzuca kapelusz do góry, gdy jego koń jako pierwszy przekracza linię mety w Ascot. Woli śledzić bieg wydarzeń z hotelowego pokoju, na jednym z komputerowych ekranów, zainstalowanych przez zespół specjalistów-informatyków.

– W życiu nie przyszło mi do głowy, że więcej przyjemności dałoby mi oglądanie wyścigu na stadionie – przyznaje. – Jako analityk, widzę więcej na ekranie. Szczerze mnie bawią ci wszyscy uznani trenerzy, którzy obserwują wyścig na Newmarket przez lornetki. Wydaje mi się to jakimś reliktem. Ma duży dystans do tego sportu: kiedyś nawet ustawił budzik na finał gonitwy Melbourne Cup, zobaczył, że jego koń wygrał dla niego 100 tysięcy funtów i znowu położył się spać. Prawdopodobnie nawet się nie uśmiechnął. Dla niego hazard to nie emocje, ale wyłącznie interes – zupełnie inaczej, niż dla większości poważnych graczy, którzy twierdzą, że jeżeli zakład nie może ci zaszkodzić, to tak naprawdę się nie liczy.- Znam tę koncepcję, ale zupełnie do mnie nie trafia – mówi. – Nigdy nie postawiłem się w sytuacji, w której mógłbym wszystko stracić. Nikt nie potrafi całkowicie wyłączyć emocji, ale ja umiem swoje opanować. Hazardzista doskonały to połączenie neurochirurga z szaleńcem z siekierą. Potrzeba mu skrupulatności neurochirurga w przygotowaniach i lekkomyślności wariata w realizacji planu.

Poza tym, dodaje, nie ma sensu obstawiać wielkich wyścigów. Łatwiej znaleźć okazję na przykład w Leicester, niż przy tak popularnej gonitwie jak w Derby. Aha, i lepiej unikać skoków przez przeszkody: są zbyt mało przewidywalne.

W niemal dziesięć lat po rozpoczęciu swej złotej passy, Veitch obecnie budzi w sobie szaleńca z siekierą tylko podczas sezonu wyścigów płaskich. Ostatnio napisał i wydał swoją autobiografię, a resztę czasu poświęca na inne zainteresowania (związane głównie z płcią piękną). Czy nowym znajomym przedstawia się jako człowiek, który puścił buków z torbami?

– Zależy, czy chce mi się rozmawiać – odpowiada. – Kiedy mówię na lotnisku, że jestem strategiem inwestycyjnym, częściej udaje mi się przejść przez wszystkie procedury bez pytań. Ale hazard jest z zasady niepoważnym zawodem, więc go nie reklamuję. Dlaczego miałby być mniej poważny niż na przykład maklerstwo? – Cóż, intelektualnie jest to równie duże wyzwanie – mówi. – Ale można argumentować, że makler świadczy usługę, na której korzysta cała gospodarka. Trzeba by bardzo się postarać, by udowodnić, że to, co robię, ma jakikolwiek moralny cel.

Jeżeli taką ma ambicję, mogę zasugerować pewne rozwiązanie. Niech zdobędzie się na hojny gest i wskaże mi swojego konia-faworyta, a na pewno będzie to dobry początek poszukiwań moralnego celu. – Muszę iść – odpowiada na moją propozycję. Nieuchwytny bóg zakładów znika równie szybko, jak się pojawił, i odchodzi, by dalej zadawać ból i cierpienie facetom w owczych kożuchach.

Trzy wielkie zwycięstwa Veitcha

Silver Touch (York, wrzesień 2006). Klacz ta nigdy nie wygrała na długim dystansie, ale Veitch uznał, że to tylko kwestia wytrzymałości, i że w krótszym wyścigu poradzi sobie lepiej. Przekonał trenera, by wystawił ją w sprincie, postawił 75 tysięcy funtów na jej zwycięstwo i dodatkowe 10 tysięcy w zakładzie o miejsce.

Wygrana: 272 447,99 funtów

Cerulean Rose (Goodwood, lipiec 2003). Uznając, że ten niepozorny krótkodystansowiec robi dużo większe postępy, niż sądzą bukmacherzy, Veitch postawił 45 tysięcy przy notowaniach od 6:1 do 9:2.

Wygrana: 262 027,50 funtów

Exponential (Nottingham, sierpień 2004) Veitch, właściciel konia, zasugerował, by w debiucie wystartował on z klapkami na oczy – które zazwyczaj są atrybutem narowistych młodziaków. Koń przybiegł na metę ostatni, co pozwoliło zmylić bukmacherów. Przed kolejnym wyścigiem Veitch wiedział coś, czego oni nie wiedzieli: koń zdecydowanie podszkolił się w galopie.

Wygrana: 235 133,71 funtów.

Łącznie: 769 609,20 funtów.

Książka Patricka Veitcha „Enemy Number One” wyszła w Wielkiej Brytanii nakładem Racing Post.